Prosty kredyt

Dzien dobry, mam zapytanie mam zapytanie ( raport BIK ) od Prosty Kredyt Sp. z o.o. , chcę cofnąć zgodę na przetwarzanie danych osobowych, jednak nie mogę nigdzie odszukać adresu e-mail tej firmy, opinii o niej również, nie przypominam sobie bym cokolwiek miał z tą firmą coś wspólnego.. a zapytanie jest... może ktoś pomoże prostykredyt.net opinie klientów firmy pożyczka prosty kredyt net Czy można unieważnić umowę kredytu? Biorąc kredyt w banku czy firmie kredytowej zobowiązujemy się do punktualnej spłaty rat. Wszelkie wiadomości, na temat sumy oraz czasu płatności widnieją w umowie chwilówki. Jeżeli nie będziemy wywiązywać się z obowiązku płatności w terminie przypuszczalnie może dojść ... Dlatego o prosty oraz szybki kredyt gotówkowy przez Internet ubiegać mogą się osoby pracujące na podstawie umowy zlecenie, umowy o dzieło, czy prowadzące własną działalność gospodarczą. Ekspresowa pożyczka pozabankowa online jest dla każdego. prosty kredyt opinie. Jakiekolwiek opinie można przeczytać w komentarzach. Nowe opinie odnośnie www.prostykredyt.net prosimy także zamieszczać pod spodem w komentarzach pod artykułem. Dziękujemy za jakiekolwiek zamieszczone opinie. Jednocześnie prosimy o zachowanie poprawnego stanu debaty oraz nie używanie wulgaryzmów takie komentarze ... Tani i prosty kredyt to taki, który nie wiąże się z dodatkowymi kosztami, a formalności ograniczone są do minimum. Takie korzyści daje chwilówka, którą można zaciągnąć bez wychodzenia z domu, czyli przez Internet. Pożyczanie pieniędzy jeszcze nigdy nie było tak łatwe, jak obecnie. Do dyspozycji jest kilkaset instytucji ... ProstyKredyt.net (Prosty Kredyt) i jego pożyczki przez internet z 19,19% do 10 lat (chyba więzienia) autor: Michał Straus / 13 listopada 2019 22 lutego 2020 / pożyczki ratalne / 45 komentarzy. Schemat jest znany. Strona wygląda identycznie jak poprzednie robiące dokładnie to samo. Oferuje się kredyt z całkowitym RRSO 19,99% (bywało ...

"To nie inni są winni, tylko Ty, Platformo".

2020.07.19 10:35 Kosiek "To nie inni są winni, tylko Ty, Platformo".

Felieton dla Wyborczej, od Marka Dudkiewicza: https://wyborcza.pl/7,75968,26133082,to-nie-inni-sa-winni-tylko-ty-platformo.html
"Jako wieloletni, ale obecnie były wyborca Platformy Obywatelskiej, bardzo proszę: Platformo, zastanów się nad sobą i się zmień. Jeśli znów będzie trzeba, ja zagłosuję na Ciebie w ramach racji stanu i wyższej konieczności - nie dlatego, że mi się podobasz. Ale wielu tego nie zrobi. Marek Dudkiewicz – psycholog i socjolog z 20-letnim doświadczeniem w planowaniu, realizacji, analizie i raportowaniu badań ilościowych i jakościowych – zarówno marketingowych, jak i społecznych. Prowadzi firmę MMD Milanowa sc. W okresie PRL-u zaangażowany w działalność podziemnego ruchu wydawniczego
Przegraliśmy kolejne wybory. Ruszyła giełda pomysłów, kto lub co jest temu winne. Dominują dwa kierunki myślenia. Pierwszy dotyczy wykorzystania przez PiS całej potęgi państwa (cały rząd w terenie, użycie alertu RCB) i różnorakich obietnic finansowanych głównie na kredyt. A także totalnej propagandy wylewającej się z TVP, kampanii opartej na dzieleniu, straszeniu i wywoływaniu nienawiści i lęku. To wszystko prawda, te czynniki miały niebagatelny wpływ na końcowy wynik. Być może wręcz decydujący. Uprzedzając ewentualne zarzuty o symetryzm, naiwność itp., oświadczam więc, że jestem świadom tej zmasowanej działalności PiS-u i skrajnej nierówności wyborczej walki.
Z tym zjawiskiem ponownie będziemy mieć do czynienia przy kolejnych wyborach (bo wbrew obawom one będą, choć zapewne fasadowe). Nie możemy więc czynić sobie z tego wymówki i usprawiedliwienia dla własnych słabości. Tym bardziej, że właśnie zakończone wybory prezydenckie były do wygrania. Przegraliśmy je ponoć – pojawia się drugi kierunek myślenia – przez brak spójnego działania całej opozycji, przez niedostateczną mobilizację wokół Rafała Trzaskowskiego, prywatę liderów partyjnych, itd. Szczególne miejsce w tym myśleniu ma Szymon Hołownia.
Niektórzy na tym się zatrzymują. A jeżeli będziemy trwać przy dwóch powyższych wyjaśnieniach porażki, przegramy również kolejne wybory.
Kto nie dorósł do rangi chwili? Słuszny jest zarzut stawiany partiom opozycyjnym, że w wyborach prezydenckich dbały przede wszystkim o swój interes partyjny. W największym stopniu oskarżany jest o to Szymon Hołownia, następnie PSL, w najmniejszym Lewica i Robert Biedroń. Zarzut ten natomiast w ogóle nie ima się Platformy Obywatelskiej. Można pomyśleć wręcz, że oto pełni ona, a w zasadzie Rafał Trzaskowski, rolę nieskazitelnego rycerza na białym koniu, wokół którego powinni zgromadzić się wszyscy pozostali. Niejako w roli wasali wspomagających rycerza w walce z wielogłowym smokiem. Mogliśmy zatem przeczytać, że kandydaci opozycyjni powinni przed pierwszą turą na wspólnej konferencji zadeklarować, że poprą tego spośród nich, który wejdzie do drugiej tury. A przed drugą turą stanąć ponownie u boku Rafała Trzaskowskiego i jednoznacznie go poprzeć (Wojciech Czuchnowski, wyborcza.pl). Pisano także w tonach podniosłych, że „gdyby opozycja kierowała się racją stanu, to w powyborczy poniedziałek rzuciłaby wszystkie ręce na pokład Rafała Trzaskowskiego. Kandydaci, którzy odpadli, nie hamletyzowaliby, nie mówili o wyborze mniejszego zła, o głosowaniu przeciwko. Po prostu stanęliby po jasnej stronie mocy” (Karolina Lewicka w portalu natemat.pl). I ponownie Czuchnowski: „To brak jedności w najważniejszych dla kraju sprawach leżał u podstaw rozbiorów i przyczynił się do klęski kolejnych powstań. Wybór indywidualnych i partyjnych interesików kosztem interesów nadrzędnych był od wieków zmorą Polski. Był i – jak widać – nadal jest”. Jacek Żakowski wręcz oburzał się, że Szymon Hołownia w ogóle ma czelność startować.
Oczywiste, że te wybory były niezwykle ważne, a zwycięstwo w nich kandydata PiS-u jest groźne dla przyszłości polskiej demokracji. Skoro zatem wiemy, że chwila miała niemal dziejową rangę, to pytam: dlaczego do tej rangi nie dorosła Platforma Obywatelska? Czyż bowiem nie powinno być tak, że oto wybieramy i wspieramy kandydata, który ma największe szanse pokonać Andrzeja Dudę w drugiej turze? A tak się składa, że wszystkie sondaże oraz racjonalna i spokojna analiza sytuacji jednoznacznie wskazywała, że Robert Biedroń odpada w przedbiegach, a z pozostałej trójki to Rafał Trzaskowski ma najmniejsze szanse na wygraną.
W przeciwieństwie do Władysława Kosiniaka-Kamysza, a zwłaszcza Szymona Hołowni. Czyż zatem, skoro mowa była o racji stanu i chwili dziejowej, nie powinno być tak (posługując się stylistyką wspomnianych publicystów), że przed pierwszą turą Rafał Trzaskowski wraz Borysem Budką na wspólnej konferencji z liderem PSL-u i Szymonem Hołownią oświadczają, że w imię wyższych celów Rafał Trzaskowski wycofuje się z wyborów oraz prosi swoich wyborców, by zgodnie ze swoimi sumieniami wybrali w pierwszej turze jednego z dwóch kandydatów? A w drugiej turze wszyscy głosujemy na już wspólnego kandydata.
Niestety, kandydat z największą szansą na wygraną w drugiej turze, czyli Szymon Hołownia, nie był w stanie przeskoczyć do drugiej tury.
PiS było przygotowane na Trzaskowskiego To była rozsądna droga do wygrania prezydentury przez stronę opozycyjną. Było wiadomo, że w drugiej turze PiS jest przygotowane na Rafała Trzaskowskiego, a TVP ma gotowe skrypty postępowania. Pojawi się temat praw osób LGBT+, awaria Czajki, luka VAT-owska, reprywatyzacja, podniesienie wieku emerytalnego, a na końcu Platforma Obywatelska jako zło wcielone. Stratedzy PO musieli przecież o tym wiedzieć.
Rafał Trzaskowski pracowicie odklejał etykietkę PO i mienił się kandydatem obywatelskim. PiS-owi znacznie trudniej byłoby z Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem, a najtrudniej z Szymonem Hołownią. Nie byłoby „ideologii” LGBT, nie byłoby wracania do przeszłości, bo nie byłoby do czego wracać. Na pewno byłaby debata, bo Hołownia stawiłby się w każdym miejscu i warunkach. Każdy, kto widział i słyszał Hołownię w mediach elektronicznych, może sobie wyobrazić jego starcie z Dudą. Mówiłby świeżym językiem, bez naleciałości kliszy partyjnych, zrozumiałym dla zwykłego obywatela – to facet, który od lat odbywa spotkania autorskie w Polsce powiatowej i zbiera na nich po 100-150 osób, zna tych ludzi, zna te środowiska.
Dla niektórych jest celebrytą z talent show, co też może być atutem. Ale żeby to wiedzieć, trzeba wyjść z bańki warszawskiej, która wie wszystko lepiej. Hołownia nie ma doświadczenia? A cóż takiego załatwili obywatelom ci politycy z wieloletnim doświadczeniem? Poza ciągłym konfliktem? To i tak byłoby referendum PiS-antyPiS, więc doświadczenie nie miałoby wielkiego znaczenia.
Problem polega na tym, że takie podejście byłoby sprzeczne z interesem partyjnym Platformy Obywatelskiej, która po totalnym załamaniu się kampanii Małgorzaty Kidawy-Błońskiej znalazła się pod ścianą i najbardziej bała się utraty statusu lidera opozycji. Nikt jednak nie stawia zarzutu partyjności właśnie PO. Winni są inni. A przecież cała operacja z Rafałem Trzaskowskim od początku miała charakter ratunkowy i desperacki. Jak to się stało, że partia, która wyłoniła swoją kandydatkę w prawyborach, przedstawiła jej program na konwencji, nagle zmieniła kandydata i na długo zostawiła go bez programu? Zmiana kandydata była zrozumiała – Kidawa-Błońska była wystawiana na tzw. spokojne czasy, miała emanować spokojem i aurą osoby łączącej, a nie konfliktującej społeczeństwo. To miał być kontrapunkt dla agresywnego Andrzeja Dudy. Nie sprawdziła się jednak jako kandydatka na przywódczynię w czasach kryzysu, którego nikt nie mógł przewidzieć. To oczywiste, jednak co z programem? Czyżby główna partia opozycyjna wpisywała w te dokumenty cokolwiek, byle pasowało w konkretnym momencie? Rafał Trzaskowski przedstawił program w ostatniej chwili, na parę dni przed pierwszą turą, w dodatku zawierający pomysły inspirowane programem Szymona Hołowni. Dlaczego po prostu nie przejął programu Kidawy-Błońskiej? No ale Rafał Trzaskowski był już wtedy poza krytyką – wszystkiemu winni byli inni, a nie Platforma Obywatelska.
Czego brakuje Platformie? Platforma Obywatelska i wspierające ją autorytety nie pierwszy raz okazali się oderwani od rzeczywistości. Jeśli ta strona sceny politycznej w ogóle robi badania, to najwyraźniej nie rozumie ich wyników lub traktuje je wybiórczo i zgodnie z doraźnym interesem. Tak, tak, interesem partyjnym.
Po co opowiadać, że nic się nie zmieni w programie 500+, skoro 65 proc. Polaków jest za jego reformą w kierunku pozbawienia prawa do świadczenia najlepiej zarabiających? Przecież było oczywiste, że PiS i tak powie, że Trzaskowskiemu nie można wierzyć. Ale by pójść pod prąd, potrzeba odwagi, gotowości podjęcia ryzyka. Odwagi wymagało też pojechanie na debatę do Końskich, choćby po to, by publicznie powiedzieć, dlaczego nie weźmie się udziału w tej debacie.
Platformie i wspierającym ją publicystom brakuje także słuchu społecznego. Strona obywatelskiej opozycji jest zróżnicowana. Jest demokratyczna. I właśnie to stanowi potencjał jej siły. Oczekiwanie, że na wzór pisowski zmienimy się w jednolite wojsko, jest tyleż nierealne, co groźne. My nie chcemy być tacy jak PiS, chcemy z nimi wygrać na własnych warunkach. Do tego potrzeba mądrości, determinacji, otwartości na innych, zwykłej rozmowy, a nie partyjnych gier.
Postawa Szymona Hołowni po pierwszej turze dała Rafałowi Trzaskowskiemu więcej głosów, niż gdyby, jak chcieli niektórzy, stanął przy nim na wspólnej konferencji i jednoznacznie go poparł. Ludzie nie są bezwolnymi baranami i nie chcą być tak traktowani, Hołownia oparł swoją kampanię na dystansowaniu się do sporu PiS-PO i w ogóle partyjnej wizji polityki, jednocześnie jednoznacznie sytuując się po stronie opozycyjnej. Przyciągnął nowych wyborców, także tych zawiedzionych postawą PO w przeszłości, a nawet część potencjalnych wyborców Dudy. Pomysł, że po takiej kampanii, wychodzi do takich wyborców i mówi: „to wszystko, co wam opowiadałem, jest już w sumie mało ważne, głosujcie na Rafała Trzaskowskiego, bo to najlepszy kandydat”, nie wydaje się specjalnie trafny.
Wielu wyborców Hołowni poczułoby się oszukanych i w efekcie raczej w drugiej turze zostałoby w domu albo wróciło do głosowania na Andrzeja Dudę. Powtórzmy: przez podmiotowe traktowanie swoich wyborców Hołownia zapewnił Trzaskowskiemu maksymalną liczbę głosów, jaką był w stanie. Częściowo to ci sami wyborcy, którzy najpierw znosili obelgi i hejt w sieci ze strony wyborców Trzaskowskiego, a po drugiej turze nagle stali się obiektem zabiegów i próśb o pomoc. Takie postępowanie: najpierw pozwólmy na obrażenie przyszłych sojuszników, a potem każmy im o tym zapomnieć, naprawdę trudno uznać za przemyślaną i trafną strategię Platformy. A jednak niejako wbrew temu wszystkiemu większość wyborców Hołowni zapomniała, zacisnęła zęby i właśnie w imię racji stanu zagłosowała w drugiej turze na Trzaskowskiego. A teraz i tak słyszą, że zwycięstwo Dudy to ich wina.
PO musi się zmienić Platforma Obywatelska nie pierwszy raz zgrzeszyła stawianiem ponad rację stanu interesu partyjnego. Dopuszczenie do przegranej Bronisława Komorowskiego jest grzechem nie do wybaczenia, bo ówczesny prezydent po prostu od Platformy Obywatelskiej nie dostał wystarczającego wsparcia. Pomijając pychę i przekonanie, że „to się samo wygra”, pomijając nieudolność sztabu i błędy samego Komorowskiego, pomijając całą brudną kampanię rozpętaną wówczas przez PiS, to ten brak zaangażowania wynikał (być może przede wszystkim) z jeszcze jednego powodu. Platformie Obywatelskiej zależało wówczas, żeby Bronisław Komorowski nie wygrał w pierwszej turze, bo w partyjnej układance stałby się zbyt mocną figurą. A potem raz uruchomionej lawiny nie dało się zatrzymać.
Brakiem odwagi Platforma Obywatelska zgrzeszyła nie pierwszy raz. Zabrakło jej wtedy, gdy mając własny rząd i własnego prezydenta i mogąc wprowadzić istotne zmiany w państwie – wybrano „politykę ciepłej wody w kranie”. Zabrakło odwagi, gdy wypracowano mechanizmy ograniczania luki VAT-owskiej i nie wdrożono ich przed wyborami. W efekcie gotowe rozwiązania wraz ze wszystkimi propagandowymi benefitami przejął PiS. Zabrakło odwagi, by rozliczyć pierwsze rządy PiS, a w szczególności działalność Zbigniewa Ziobry.
Też nie pierwszy raz Platforma Obywatelska zgrzeszyła wspomnianym brakiem słuchu społecznego. Przed wyborami prezydenckimi w 2015 roku specjaliści badający tendencje w kulturze prognozowali zachodzące zmiany w emocjach społecznych. Zostali wyśmiani. Przeoczono rosnące znaczenie Marszu Niepodległości. Nie wsłuchano się we frustrację osób zarabiających 3,5 PLN za godzinę pracy. Listę można ciągnąć.
W efekcie dostaliśmy wybory, w których opozycja kolejny raz poszła zgodnie z Mickiewiczowskim zawołaniem: „Szabel nam nie zabraknie, szlachta na koń wsiędzie, ja z synowcem na czele i? Jakoś to będzie!”. Albo słynnym – i już całkiem współczesnym – o lataniu choćby na drzwiach od stodoły.
Dlatego, jako wieloletni, ale obecnie były wyborca Platformy Obywatelskiej, bardzo proszę: Platformo, zastanów się nad sobą i się zmień. Jeśli znów będzie trzeba, ja zagłosuję na Ciebie w ramach racji stanu i wyższej konieczności – nie dlatego, że mi się podobasz. Ale wielu tego nie zrobi. Nie przywiązuj się do tych 10 milionów głosów – to w dużej części nie są Twoi wyborcy. I to nie Rafał Trzaskowski jest ich liderem, a prosty konstrukt „byle nie Duda”. Nie daj się omamiać publicystom, że to inni są winni. To Ty, Platformo Obywatelska, jesteś winna porażek opozycji. I jeśli się nie zmienisz, jeśli nie zrobisz miejsca innym, to my – strona opozycyjna wobec obecnej władzy – nadal będziemy przegrywać wybory."
submitted by Kosiek to PolskaPolityka [link] [comments]


2018.04.07 13:05 Bifobe Wszystkie twarze Róży Luksemburg [tygodnik "Polityka"]

Rafał Woś, 3 kwietnia 2018
Wszystkie twarze Róży Luksemburg
Tajemnica Róży L.
Róża Luksemburg jest prawdopodobnie najbardziej znaną na świecie Polką. W tej kategorii konkurować z nią może tylko Maria Skłodowska-Curie.
W czasie swojego niedługiego życia Róża (1871–1919) rozpalała emocje rozpięte między szacunkiem a irytacją: „kłótliwa baba” i „cholernie bystra małpa” to cytaty z jej współczesnych. Już po śmierci została obwołana w Związku Radzieckim wrogiem klasy robotniczej. Ostatnio znów fascynuje. Raz – jako kobieta, która nigdy o równouprawnienie nie prosiła, tylko je sobie od mężczyzn wzięła. A dwa – jako przenikliwa krytyczka kapitalizmu, której spostrzeżenia świetnie pasują do naszych dylematów po kryzysie 2008 r.
Róża feministyczna
Róża Luksemburg i jej przyjaciółka Clara Zetkin były umówione na kolację z dwoma nestorami niemieckiej socjaldemokracji Augustem Beblem i Karolem Kautskym. Trochę się spóźniły, a witając je, Bebel zażartował, że już obawiali się najgorszego. „Cóż to by była za tragedia Herr Bebel! Musiałby Pan napisać na nagrobku »tu leżą dwaj ostatni mężczyźni niemieckiej socjaldemokracji «” – odparła. Kilka lat wcześniej Kautsky zaproponował jej współpracę przy opracowywaniu komentarzy do prac Karola Marksa. W toku rozmowy wyszło, że chodzi nie tyle o współpracownika, ile raczej o stenotypistkę. „Czyli ja napiszę, a opublikujemy to pod pańskim nazwiskiem?” – dopytywała Luksemburg, wtedy młoda aspirująca publicystka. „Naturalnie” – odpowiedział Kautsky, wówczas naczelny „Die Neue Zeit”, najważniejszego tygodnika niemieckiej socjaldemokracji. „W takim razie niech pan kupi sobie maszynę do pisania i poprosi o pomoc żonę. Może się zgodzi” – usłyszał naczelny od swojej przyszłej czołowej autorki. Bezczelna, dowcipna, ostra. Taka jest Rozalia Luksemburg przedstawiona przez kanadyjską rysowniczkę Kate Evans. Jej komiks „Red Rosa” (Czerwona Róża) był na Wyspach Brytyjskich i w USA jedynym z wydawniczych fenomenów 2016 r. Nie było to może tak mocne uderzenie jak nakręcony trzy dekady wcześniej głośny film fabularny „Róża Luksemburg” Margarethe von Trotty (odtwórczyni roli tytułowej Barbara Sukowa dostała główną nagrodę na festiwalu w Cannes). Komiks Kate Evans pokazał jednak, że urodzona w Zamościu, a wychowana w Warszawie marksistka nie utonęła na dobre w odmętach historii. I może być atrakcyjnym symbolem również dla pokolenia próbującego się odnaleźć w świecie pierwszej ćwiartki XXI w. Komiks Evans na pierwszy plan wysuwa niezależność kobiety,co nieuchronnie prowadzi czytelnika w kierunku feminizmu. Ale uwaga! Sama Luksemburg za feministkę nigdy się nie uważała. Feministką, owszem, czuła się jej serdeczna przyjaciółka Clara Zetkin. Autorka pomysłu, by 8 marca obchodzić Międzynarodowy Dzień Kobiet. Dla Luksemburg było to jednak zawracanie głowy. Rodzaj wypychania socjalistek do kuchni, by tam podyskutowały sobie o swoich „feministycznych” sprawach. Podczas gdy panowie zostaną w salonie, gdzie ze szklaneczką i cygarem w dłoni omówią naprawdę istotne sprawy wagi państwowej. A Luksemburg kompleksów nie miała. Od początku było dla niej absolutnie naturalne, że jej miejsce jest przy głównym stole. Tam, gdzie zapadają najważniejsze decyzje.
Szła więc po swoje, co zazwyczaj kończyło się drakami. Kłóciła się z głównym ideologiem SPD Eduardem Bernsteinem o naturę kapitalizmu, ze swoim naczelnym Karlem Kautskym o postulat republiki, a z Leninem o dyktaturę proletariatu. A przy tym mężczyzny nigdy nie udawała. Przeciwnie. Ubierała się zgodnie z damskimi kanonami swojego czasu, suszyła zioła w zielniku i nie raz dawała wyraz żalowi, że nie urodziła dzieci (nie chciał tego jej długoletni partner Leon Jogiches-Tyszka). Słowem, emancypacja Luksemburg była naturalna jak powietrze, którym oddychała. I to właśnie co rusz doprowadzało kierownictwo SPD do białej gorączki. Był przełom wieków i niemiecka socjaldemokracja rzucała polityczne wyzwanie staremu establishmentowi wilhelmińskich Niemiec. Zdominowanemu przez arystokrację, kapitał i burżuazję. W tym samym czasie Luksemburg rzucała wyzwanie… establishmentowi niemieckiej socjaldemokracji. Partii z wierzchu otwarcie postępowej, ale w temacie równouprawnienia kobiet i mężczyzn zdecydowanie skostniałej. Sarkali na nią koledzy straszliwie. „Jadowita wiedźma (...) mądra jak małpa (...). Wyobraźcie sobie, że miałaby siedzieć w Reichstagu. To by dopiero była komedia” – pisał prominentny austriacki socjaldemokrata Victor Adler do Augusta Bebla w przededniu wybuchu pierwszej wojny światowej.
Smutny paradoks polegał na tym, że choć Róża Luksemburg przez dwie dekady znacząco wpływała na linię niemieckiej socjaldemokracji (największej wówczas partii robotniczej świata), a nawet całej Międzynarodówki Socjalistycznej, to sama nie mogła nawet głosować. Ani w rodzinnej Kongresówce, ani w Niemczech (miała tamtejsze obywatelstwo od 1897 r.). Gdy 19 stycznia 1919 r. w Niemczech (a 26 stycznia w Polsce) kobiety po raz pierwszy szły do urn wyborczych, martwe ciało Róży Luksemburg wciąż pływało w berlińskim Landwehrkanal. Kilka dni wcześniej została zamordowana przez prawicowe bojówki Freikorpsu i zrzucona z mostu w Tiergarten.
Róża socjalistyczna
„Socjalizm albo barbarzyństwo” – to chyba najsłynniejszy bon mot kojarzony z Różą Luksemburg. Pochodzi z lat 1915–16. Moment jego wygłoszenia nie był przypadkowy. Na wielu frontach trwał horror pierwszej wojny światowej. Największej masakry w dotychczasowych dziejach ludzkiej cywilizacji. Luksemburg siedziała wówczas w kajzerowskim więzieniu. Powód? Antywojenna agitacja.
Dla Luksemburg wybuch wojny światowej był dramatem przekreślającym całą polityczną kalkulację budowaną w niezliczonych pismach i wystąpieniach poprzednich dwóch dekad. Najważniejsze z nich zostały właśnie zebrane i wydane po polsku w zbiorze „O rewolucji 1905 i 1917” (Książka i Prasa, Warszawa, 2017). Ta książka jest doskonałą próbką publicystycznego stylu Luksemburg. Ostrego, zadziornego, ale jednocześnie klarownego. W tekście z 1905 r. Luksemburg zabiera głos w aktualnej i dziś debacie nad tym, kto powinien być dopuszczony do Świętego Graala polityki: elity czy szerokie masy? „Najzabawniejsze jest owo rozczulające stare wyobrażenie, jakby potrzeba było Bóg wie jakiej »dojrzałości«, aby przyjąć udział w głębokich misteriach parlamentaryzmu. Jakżeby na miły Bóg prosty rosyjski chłop czy polski robotnik fabryczny mógł dostać się na zawrotne szczyty polityki? Każdy zwyczajny rycerz giełdowy, każdy radca handlowy nalany tłuszczem, każdy bezmyślny junkier wschodnio-pruski, który tylko ze szpicrutą w ręku i tylko w stajni czuje się w swoim żywiole. Oni są jakby naturalnie urodzeni do rozstrzygania spraw wewnętrznej i zewnętrznej polityki państw. Ale proletariusz i prosty chłop już nie” – szydziła, opowiadając się jednoznacznie za demokracją otwartą dla wszystkich niezależnie od statusu społecznego.
Ale „O rewolucji 1905–1917” to nie tylko pokaz polemicznego pazura. To również dobry sposób na zrozumienie sedna poglądów politycznych zamojskiej Żydówki. Tak. Róża Luksemburg była zdeklarowaną zwolenniczką społecznej rewolucji. Polegającej na zmianie panujących u progu XX w. Stosunków społecznych. W świecie, który projektowała w swoich pismach, każdy człowiek miał mieć przyrodzone prawo do uczestnictwa w życiu politycznym i do decydowania o swoim losie. Aby to osiągnąć, nie wystarczyło (jak chcieli liberałowie czy republikanie) uchwalić postępową konstytucję i ogłosić, że odtąd wszyscy są równi wobec prawa. Należało stworzyć materialne podstawy do realnej emancypacji szerokich mas ludowych.
W tym sensie Luksemburg była rewolucjonistką. Co ciekawe, nie musiało się to jednak wiązać z natychmiastowym upadkiem kapitalizmu. W tej kwestii przez większą część życia Luksemburg była przeciwniczką poganiania zegara historii. Cel nadrzędny polegał na upodmiotowieniu mas ludowych. Władza dla samej władzy jej nie interesowała. Co stało się zresztą zarzewiem konfliktu Luksemburg z bolszewikami. „Lenin i Trocki opowiadają się za dyktaturą garści osób. Tj. za dyktaturą na wzór burżuazyjnej. Bo faktycznie są to dwa bieguny. Równie daleko od siebie odległe” – pisała w 1918 r. W 1931 r. ta krytyka bolszewickich metod doprowadziła do pośmiertnego potępienia „luksemburgizmu” przez Stalina.
Przy lekturze „O rewolucji...” widać dobrze, że pierwsza wojna światowa była dla Luksemburg wielką życiową i polityczną katastrofą. Rok 1914 okazał się rozdrożem, na którym Europa Zachodnia nie wybrała socjalizmu. Zamiast tego pomaszerowała prosto w kierunku barbarzyństwa. Moment, w którym nawet posłowie jej własnej SPD głosowali za udzieleniem rządowi kredytów zbrojeniowych, to kres marzeń o zmianie stosunków społecznych w całym kapitalistycznym świecie. Był końcem marzenia o tym, że robotnicy francuscy, brytyjscy, niemieccy czy polscy wspólnymi siłami zrzucą jarzmo kapitalistycznego wyzysku. Rok 1914 był dla Luksemburg triumfem starej zasady „dziel i rządź”. A także wielkim triumfem lobby arystokratyczno-przemysłowo-zbrojeniowego, które parło do wojny. Luksemburg miałaby pewnie gorzką satysfakcję, gdyby dożyła 1961 r., kiedy to samo śmiertelne zagrożenie dla światowego pokoju zostało zidentyfikowane przez ustępującego prezydenta USA Dwighta Eisenhowera.
Róża ekonomiczna
„Dr Luksemburg” – tak się przedstawiła w listach, gdy w 1902 r. wynajmowała mieszkanie przy Cranachstrasse 58 w Berlinie. Wywołało to pewną konsternację, bo przybyły na miejsce doktor okazał się niezamężną kobietą, a nie mężczyzną, jak się spodziewano. Tytuł doktora Luksemburg zdobyła w 1898 r. na uniwersytecie w Zurychu. Było to wówczas jedno z niewielu miejsc na świecie, gdzie kobiety mogły studiować na takich samych prawach jak mężczyźni. Praca doktorska Róży Luksemburg dotyczyła „Rozwoju przemysłu w Polsce”. Jej drugą poważną pracą ekonomiczną była wydana w 1913 r. „Akumulacja kapitału”.
„Akumulację” czytywało się potem na uczelniach ekonomicznych po obu stronach żelaznej kurtyny. Jednak prawdziwy renesans zainteresowania przyszedł po kryzysie 2008 r. Ekonomiści Jan Toporowski i Riccardo Bellofiore przypomnieli Luksemburg czytelnikom anglosaskim w 2014 r. Nawet w Polsce została wznowiona klasyczna praca Tadeusza Kowalika „Róża Luksemburg. Teoria akumulacji i imperializmu” (Książka i Prasa, Warszawa 2012). Skąd to zainteresowanie? To proste, w swoich pracach ekonomicznych Luksemburg dość precyzyjnie przewidziała... przyszłość. A zwłaszcza to, co działo się w światowej gospodarce po 1980 r. Czyli dobrych sześć dekad po jej śmierci.
Książka o „akumulacji kapitału” wzięła się stąd, że Luksemburg chciała napisać bryk o Marksie dla swoich uczniów w SPD-owskiej szkole partyjnej. Ale pisząc go, zaczęła się z Marksem wadzić. On przewidywał przecież, że kapitalizm upadnie w momencie, gdy zabraknie środków do realizacji wytworzonej przez kapitalistów produkcji. Czyli mówiąc krótko, zbyt słabo opłacani robotnicy nie będą w stanie kupić towarów wytwarzanych przez przemysł. I wtedy właśnie kapitalizm ugryzie się we własny ogon. Ale Luksemburg pokazała, że niekoniecznie. „W tym momencie wejdzie do gry kredyt” – zauważyła już w czasie swojej słynnej polemiki z ideologiem SPD Eduardem Bernsteinem parę lat wcześniej. Teraz szła tym tropem dalej: pokazała, że rozwój rynków finansowych będzie prowadzić do coraz szybszej wymiany towarów. Będzie to pchało świat w kierunku zjawisk, które dziś nazywamy finansjalizacją (nadmierną przewagą sektora bankowego nad realną gospodarką). Luksemburg nie używała tego terminu. Ale to, co pisze, dość dobrze opisuje zjawisko pompowania finansowych baniek spekulacyjnych, które doprowadziły do krachu 2008 r. Luksemburg poszła jednak jeszcze dalej. Pokazała, jak rynki finansowe będą kolonizowały świat. Eksportując kapitał za granicę, co skończy się wciągnięciem krajów słabszych w pułapkę zadłużeniową. I nową formą kolonializmu. Tym, co kilka lat temu były minister finansów Grecji Janis Warufakis opisał gorzkim: „dziś do podboju nie są potrzebne tanki, dziś wystarczą banki”. A co wcześniej do pewnego stopnia sprawdziło się w Ameryce Łacińskiej czy w Europie Wschodniej.
Róża polska
Na koniec najtwardszy do zgryzienia orzech. Przynajmniej dla nas. Czy Różę Luksemburg można nazywać Polką? Z formalnego punktu widzenia tak, bo urodziła się jako poddana cara Rosji w tej części imperium Romanowów, która po klęsce powstania styczniowego została zdegradowana do miana Nadwiślańskiego Kraju. Jej dziadek był rabinem, ale wiemy, że nie po drodze jej było ani z religią, ani z żydowską kulturą. Co zresztą było dość typowe dla ówczesnych polsko-żydowskich socjalistów. Z Kongresówki wyjechała na dobre w 1898 r. Zadecydował fakt, że w Niemczech działalność socjaldemokratyczna była legalna, a w carskiej Rosji nie. W momencie wybuchu rewolucji 1905 r. Luksemburg wróciła jednak do Warszawy. To też było naturalne, bo rwała się do uczestnictwa w rewolucji ludowej, której wyczekiwała. Została jednak namierzona przez Ochranę i wydalona do Niemiec. Wtedy widziała Warszawę po raz ostatni.
„Róża Luksemburg była osobą intymnie przywiązaną do kultury polskiej. Wiemy, że polski pozostał jej pierwszym i najbliższym językiem” – pisał historyk polskiego ruchu robotniczego Feliks Tych. Przypomniał również, że Luksemburg w 1900 r. ogłosiła broszurę „Przeciwko wynaradawianiu”, w której opowiadała się za autonomią dla zaboru rosyjskiego. I robiła to w sposób dużo bardziej bezkompromisowy niż współcześni jej przywódcy endecji. Było to z resztą zgodne z jej koncepcją przyszłości socjalistycznego świata opartego na ponadnarodowych strukturach, tworzonych z własnej woli przez społeczeństwa dużych regionów. Trochę zgodne z pierwotną wizją Unii Europejskiej.
W konsekwencji Luksemburg sprzeciwiała się wpisywaniu postulatu odzyskania przez Polskę niepodległości do programu jej pierwszej partii politycznej SDKPiL. Co fundamentalnie odróżniało ją od sporej części PPS skupionej wokół niepodległościowej frakcji Józefa Piłsudskiego. A także od endeckiej wizji Romana Dmowskiego. Aż do śmierci Luksemburg stała na stanowisku, że socjalizmu nie da się pogodzić z postulatem odbudowy państw narodowych.
Gdy w listopadzie 1918 r. skończyła się pierwsza wojna światowa i Piłsudski zaczął odbudowywać niepodległą Polskę, zamojszczanka widziała w tym pomyśle kolejne wcielenie klasowej dyktatury silnych elit kapitalistyczno-burżuazyjnych nad słabym ludem. Tyle że już nie pod carskim, lecz pod biało-czerwonym sztandarem. Jednocześnie wzrastał jej dystans (wyrażany w pismach i w listach) wobec bolszewickiego terroru i imperializmu. Syntezy tych sprzeczności się jednak nie doczekamy. Róża Luksemburg nie dożyła nawet wojny polsko- bolszewickiej. Została zamordowana 15 stycznia 1919 r. w Berlinie. Wcześniej ostatecznie przegrała walkę o władzę na niemieckiej lewicy.
Zostało po niej kilka otwartych drzwi: do innego socjalizmu, innej integracji europejskiej, innej polityki. Pewnie właśnie ta inność czyni ją wciąż pociągającą.
submitted by Bifobe to Polska [link] [comments]


Jak rozpisać prosty proces KROK PO KROKU? 42. Płynie Wisła, płynie - flet prosty Wianek na szydełku bardzo prosty i szybki 18cm 10k ... Poszły w pole kurki 3 na flet - YouTube Szybki i Tani Kredyt w Koncie Kredyty na biznes w UK , kredyt na działalność gospodarczą

ProstyKredyt.net (Prosty Kredyt) i jego pożyczki przez ...

  1. Jak rozpisać prosty proces KROK PO KROKU?
  2. 42. Płynie Wisła, płynie - flet prosty
  3. Wianek na szydełku bardzo prosty i szybki 18cm 10k ...
  4. Poszły w pole kurki 3 na flet - YouTube
  5. Szybki i Tani Kredyt w Koncie
  6. Kredyty na biznes w UK , kredyt na działalność gospodarczą

Cześć Kochani Zatem zapraszam cię do zrobienia ze mną przepięknego wianka jako ozdoba na drzwi bądź choinkę. p.s. Jeśli podobał ci się film daj lajka, jeśli ... Jest on szybki, prosty w użyciu – nauka jego podstawowych funkcji zajmuje dosłownie chwilę – a przy tym bardzo funkcjonalny. Można na nim w graficznej formie, łatwo przedstawić ... Film przedstawia lekcje mówiącą o kolejności grania następujących po sobie chwytów na flecie prostym. Poznajesz chwyty, grasz z linią melodyczną, próbujesz s... Zaproponujemy szybki i prosty kredyt dla firm. Posiadamy wieloletnie doświadczenia w branży finansowej, perfekcyjną znajomości procedur bankowych, współpracujemy z wieloma bankami i ... Kredyt odnawialny czyli wieczne zadłużenie? Niekoniecznie... - Duration: 3:22. ... Dopisz do rachunku PLAY - czyli jak w prosty sposób kupować aplikacje - Duration: 2:18. Play 62,045 views. Płynie Wisła, płynie. Melodia ludowa w rytmie krakowiaka. Uczniowie klasy czwartej poznają chwyt 'B'. Film zawiera nuty z podpisanymi dźwiękami oraz pokaz chwytów. Pozdrawiam.